Warsztaty didgeridoo i kurs dzikich roślin 3-6.09.2010

Bliski kontakt z naturą gwarantowany.

 

Na zapadłej beskidzkiej wsi w gospodarstwie botanika Łukasza Łuczaja zdobyłem tajemną wiedzę – jak zrobić didgeridoo i grać na nim oraz z jakich pospolitych roślin ugotować smaczny obiad.

 

 

Adam Robiński - Życie Warszawy

 

 

Pełna fotorelacja z warsztatów

 

Zobacz oryginalny artykuł, gazeta "Życie Warszawy" - TUTAJ

 

 

– Jeśli chcecie zdrowo się odżywiać, powinniście przyjechać w Beskidy, nazrywać zielska, dodać mąkę, jajka i usmażyć z nich placki – mówi Łukasz Łuczaj, doktor botaniki, stojąc nad deską liści podbiału. Za chwilę ulepi z nich gołąbki.

 

By trafić do jego 17-hektarowego gospodarstwa, trzeba dokładnie liczyć przystanki pekaesu. W Pietruszej Woli są trzy. Za ostatnim z nich, kilkaset metrów od głównej drogi, stoi dom. Ostatni we wsi. Mieszka w nim Łuczaj z żoną i dwiema córkami. Tu kilka razy do roku organizuje warsztaty kulinarne, podczas których uczy, jakie pospolite rośliny nadają się do jedzenia i jak z konika polnego zrobić kulinarny przysmak.

 

Weekendowe zajęcia prowadzi z muzykiem Arkadiuszem Buczkiem. Poznali się w lecie tego roku. Postanowili zorganizować razem akcję dla mieszczuchów, łącząc pasje botaniczne z muzycznymi: grą na didgeridoo. Dopiero później okazało się, że są daleką rodziną.

 

To nie jest propozycja dla tych, którzy nie potrafią obejść się bez luksusów. Uczestnicy kwaterowani są na biwaku rozbitym na niewielkiej polanie, kilkaset metrów od domu. Za wychodek służą las i saperka, łazienką jest pobliskie źródełko tętniące krystalicznie czystą wodą, a kuchnia to nieustannie tlące się palenisko. W takich warunkach zdobywa się wiedzę: jak zrobić własne didgeridoo i grać na nim, które rośliny są jadalne, a które – jak to zwykł mawiać biolog – „lekko trujące”.

 


Wielki koper

 

– Didgeridoo to jeden z najstarszych instrumentów świata – opowiada Arek Buczek, gdy z uczestnikami warsztatów siedzimy przy ognisku. – Aborygeni twierdzą, że jego dźwięk towarzyszył powstawaniu świata, a gdyby Ziemia mogła przemówić, to brzmiałaby właśnie jak dźwięk tego instrumentu. To dęciak, w kształcie długiej, osiągającej nawet dwa metry trąby. Aborygeni przy jego produkcji korzystają z termitów, które wyjadają wnętrze pnia eukaliptusa. W Polsce korzysta się z innego materiału, a co za tym idzie – z innych metod.

 

Barszcz Sosnowskiego to roślina, która przypomina wielki koper. Czasem mylona jest z arcydzięglem, jednak w przeciwieństwie do niego może osiągać wysokość nawet do sześciu metrów. Wysuszone, puste w środku łodygi (uwaga: świeże wydzielają trujący sok) to idealny materiał na didgeridoo.

 

– Gdy kilka lat temu Aborygeni zobaczyli nasze, europejskie instrumenty, popłakali się ze szczęścia – opowiada z satysfakcją Buczek. – Łodyga daje dużo czystszy dźwięk niż drążone przez termity drzewo. Owady idą przecież przez gałąź tak, jak chcą, tworząc labirynt korytarzyków i rowków, podczas gdy pusty w środku barszcz nie wymaga praktycznie żadnej pracy – tłumaczy.

 

Trzeba tylko określić długość instrumentu – im krótszy, tym wyższa tonacja.

 

Rzeczywiście – gotowy instrument mam już dwie godziny po tym, jak znalazłem odpowiednią łodygę. Jego przygotowanie sprowadziło się do wyczyszczenia kory szczotką i papierem ściernym. I to nie ze względu na akustykę, ale estetykę – by móc przyszły instrument pomalować. Pozostaje potraktowanie wnętrza łodygi pszczelim woskiem i zrobienie – również z wosku – ustnika. I didgeridoo gotowe – mogę grać.

 

A jak to robić? Cała sztuka polega na tym, by parskać do wnętrza rury niczym dziecko naśladujące konia. Niełatwo jednak złapać odpowiednią tonację. Buczek pokazuje kolejne zagrywki o australijskich nazwach, takich jak bumerang czy dingo, a ja wciąż męczę się z podstawowym dźwiękiem. Gram, ale zamiast tubalnego, niskiego buczenia, mój instrument wydaje jedynie mizerny jęk.

 


Fusion po beskidzku

 

– Niech ktoś pokroi tego muchomora na dziesięć kawałków. Proszę, częstujcie się – zachęca Łukasz Łuczaj. Chwilę wcześniej wyjął go z gotującej się wody.

I nieważne, że to muchomor czerwieniejący, a więc – po odpowiednim przyrządzeniu – jadalny. Opór jest duży, tym bardziej że chwilę wcześniej oglądaliśmy śmiertelnie trującego sromotnika. W końcu jednak udaje się pokonać lęk.

Warsztaty Łuczaja to w dużej mierze pokonywanie własnych kulinarnych lęków. Jeden spacer drogą do pobliskiego Rzepnika wystarcza, by dowiedzieć się, że niemal 40 proc. otaczających nas roślin nadaje się do jedzenia.

Dzika marchew? Smaczny i zdrowy zamiennik tej znanej z warzywniaka, wystarczy tylko wykopać korzenie. Rosnący w bagnistej glebie czyściec? Jego kłącza wrzucone na patelnię zamienią się w wyśmienite frytki. Pokrzywa? W sam raz do zupy lub racuchów.

 

– Czy znam wszystkie gatunki roślin? Na pewno te rosnące na Podkarpaciu. Przypuszczam, że gdybym zapuścił się gdzieś na Pomorze, wielu bym nie rozpoznał – mówi Łuczaj, zrywając gałązkę jarzębiny. Jadalnej.

Grzyby zna wszystkie. Wyglądający jak krewny meduzy galaretek kolczasty i bardzo rzadki w Polsce lejkowiec dęty lądują w naszych torbach obok masy kurek, borowików, podgrzybków czy wspomnianego wcześniej muchomora. Wymieszawszy je z liśćmi ostrożnia (też nadającymi się na ciasto do placków) gotujemy zupę. W jednym garnku – tradycyjną polską grzybową. Do drugiego Łuczaj dodaje tajskiej pasty chilli. – Jestem od niej uzależniony, to najsmaczniejsza rzecz pod słońcem – mówi, zamieniając wywar w potrawę kuchni fusion.

 


Tylko jeden konik

 

Niestety, przez cały kolejny dzień warsztatów leje deszcz – nie ma szans na łapanie koników polnych. A właśnie one są najbardziej egzotyczną z potraw w Pietruszej Woli.

Jednego owada udaje nam się złapać w domu Łuczajów, gdzie przy gorącej herbacie suszymy ubrania po wyprawie do lasu. – Zgnieć główkę i wrzuć go na patelnię. Jak się zarumieni, będzie gotowy do zjedzenia – tłumaczy biolog. Pięć minut później chrupię owada. Smakuje jak sardynka. – To mało ekonomiczne pożywienie – śmieje się Łuczaj. – Jednak rano, kiedy koniki są jeszcze zaspane, można ich złapać nawet 200 na godzinę, a to już normalny posiłek. Co ważne – jeden z ostatnich pokarmów mięsnych czystych ekologicznie.

 

Warsztaty organizowane są od maja do października. Szczegóły na stronach www.didgeridoo.pl oraz www.luczaj.com.